Udało się, naprawdę się udało. Mimo, że Warszawa i okolice wielkie i ludne wydawało mi się, że wszystkie znane mi (wirtualnie) prządki są "skądś", najprawdopodobniej mieszkają za granicą itd. A tu okazuje się, że jednak mam sąsiadkę. Uznałam, że 25 km jak na prządkowe warunki, to żadna odległość i w piątek pojechałam do Finextry.
Oj spotkanie ze wszech miar udane. Macania kłaków było co niemiara. Jakieś pół roku temu rozróżniałam wełnę od nie-wełny. Oraz nitkę grubą od nitki cienkiej. Tydzień temu zrozumiałam już, że nawet jeśli taki Devon przędzie Ci się cudnie to nie znaczy, że już ze wszystkim sobie poradzisz. Właśnie zamęczam Cordiale i okazuje się, że to zupełnie inna bajka niż Devon.
A w piątek u Finextry miałam możliwość pomacać i poprzytulać do policzka pełno innych czesanek. To niesamowite jak one się między sobą różnią. Oczywiście zadałam jej tysiące pytań, jako dużo bardziej doświadczonej koleżance. Dostałam też garść wiedzy o kołowrotku. W końcu wiem co to jest to przełożenie i do czego służy hamulec oraz dlaczego tam są albo dwa sznurki, czy sznurek w 8, albo dodatkowy sznureczek na hamulec. Pewnie niektóre pytania zabrzmiały zupełnie głupio - ale co tam. W końcu usiadłam do kołowrotka i pod okiem mojej instruktorki zaczęłam prząść. LUDZIE - ja MUSZĘ mieć kołowrotek, MUSZĘ. Toż to jest cudowne, miód - malina, palce nie bolą, niteczki mogą być cieniutkie. Co prawda zasuwałam pedałami jak głupia, i przekręcałam nitkę, ale i tak jestem zachwycona. I z takim postanowieniem rozstałyśmy się.
Ja jeszcze na koniec zostałam obdarowana torbą kłaków i teraz to ja jestem bogata prządka:
Ta druga czesanka od lewej nazywa się: Coburger Fuchsschaf. Owieczki można zobaczyć tutaj. Małe są brązowiutkie, starsze robią się jasne.
Oj będę miała co robić!
A jeśli dodam jeszcze to:
To mam kłaczków na długie tygodnie :)

